- 15 października 2026
Drugi rok w Tatrach – wrzesień 2003
Z okazji trwającego Dnia Nauczyciela, zrobię sobie mały prezent i wrócę pamięcią do II Szkolnej Wyprawy w Tatry. Nietypowej, bo doszło do niej we wrześniu. Dzisiaj, patrząc jak oblegane są Tatry późnym latem i wczesną jesienią, taki termin nie dziwi, ale w roku 2003 postawienie na wrześniowy wyjazd było osobliwe. Wracając jednak do historycznych zapisków z tej wyprawy, widzę, że pomysł był trafiony. Minęło sporo lat. Ówcześni nastolatkowie dziś dobiegają do czterdziestki. Mimo to mam nadzieję, że niektóre tatrzańskie obrazy zostały w ich pamięci…
Wrzesień 2003
Wydarzeniem zasadniczym tegorocznego września była kolejna wyprawa z młodzieżą w Tatry. Pięć dni drugiego szkolnego tygodnia w drodze. Dobre, radosne podróżowanie. Na ścianie mojego pokoju zawisł dziewiętnasty tatrzański dzwonek. Z każdej zakopiańskiej wyprawy przywożę po jednym. Zbyrcoki i janczary na pamiątkę dobrych dni i nocy. Dziewiętnastu nastolatków zabrałam na swoją osobistą – już dziewiętnastą wyprawę. Wraz z nimi i ze mną, ich wychowawczyni Katarzyna Pikulińska. Młodzi spisali się rewelacyjnie. Radośni, dzielni i wytrwali. Nie marudzili, nie narzekali – przynajmniej oficjalnie. Zdrowi, zgodni i pogodni. I nawet noce minęły prawie bezkonfliktowo. W porównaniu z tą pierwszą ekipą, ci na ogół zasypiali o przyzwoitej porze. Niezłomni wobec stawianych wyzwań i przeciwności losu. Nie powalił ich ani dumny Giewont, ani mokra Dolina Kościeliska, ani nawet żałosna porażka polskiej reprezentacji.
Góry doceniły hart ducha i szczodrze nas obdarowały. Tak już widać mają, że jak tylko dotkniesz je z ufnością, sypną darami obficie. Tatrzańskie wrześniowe skarby zasiliły bagaż wspomnień z gór…
Już pierwszego dnia dotarliśmy do Doliny Pięciu Stawów, przysiadając wcześniej na skałach leżących u stóp Wielkiej Siklawy. To rozpoczynające nasze wędrowanie podejście, było dla niektórych spotkaniem z własną słabością i ograniczeniami. Szczególnie kadra oddychała ciężko. Młodzi parli do przodu. Niby trochę narzekali i pojękiwali, ale jednak byli mocni. A że pot spływał obficie po wszystkich, takie jego prawo. Nawet najmocniejszy z nas, przewodnik Marek, miewał czoło uroczo ociekające perlistymi kroplami.
Ale całe to wędrowne utrudzenie, to tylko niewspółmierna zapłata za możliwość bycia tam. Widok potężnej i hałaśliwej Siklawy zachwyca. Pęd ogromnych mas wody z impetem uderzających w skalne, ostre bloki poraża zmysły. Ryk spienionej wody obezwładnia ruchy, wdziera się w umysł i serce. Momentami miewam tam wrażenie, że jak tylko się ruszę z miejsca Siklawa wessie mnie w środek kipieli. Z lekką bojaźnią i drżeniem, mijam za każdym razem ściany niemilknącego wodospadu, podchodząc do wylotu doliny. Próbuję uczynić to możliwie szybko. Wiem, jakim ukojeniem będzie to, co czeka mnie w Pięciu Stawach.
Z rozszalałego żywiołu wód nagle wchodzi się w ciszę rajskiej doliny. Stawy wypełnione wodą jakby z innego wymiaru – spokojną, łagodną, milczącą. W gładkich taflach wielkich jezior jak w zwierciadłach odbijają się obrazy majestatycznych szczytów okalających dolinę. Daleko w jej głębi przyjazne schronisko czeka z gorącą herbatą i legendarną szarlotką.
Nawet krótkotrwały pobyt w takim miejscu na tyle nas zregenerował, że bez większego bólu dotarliśmy jeszcze wyżej – do przełęczy Świstówka leżącej na niebagatelnej już wysokości około 1750 m n.p.m., z której zeszliśmy nad Morskie Oko.
Niesamowicie urokliwa, ale i wyczerpująca była ta pięciostawiańska wycieczka. Dla ludzi przybyłych z podlaskich nizin, przejście już pierwszego dnia około 20 km tatrzańskich ścieżek z przewyższeniem prawie 900 m to naprawdę mocne uderzenie. Daliśmy radę. I jakby tego było mało, nazajutrz większość z nas dotarła na Giewont /1895 m n.p.m./
Giewont … Już w drodze na Przełęcz Kondratową słońce skryło się za sinymi chmurami, ale Śpiący Rycerz wyłaniał się od czasu do czasu. Piękny, dumny i groźny w obłokach spowijającej go mgły. Nasza piętnastoosobowa grupa rozciągnęła się na, mało dziś zaludnionym, szlaku. Każdy mógł przez to tak jakby pójść własnym drogą, poobcować z myślami i górami w samotności i ciszy. Samotność też bywa w górach pożądana. W obliczu potęgi gór wzmaga intensywność doznań, potrafi zachwycić, ale też pozbawia szansy przeżycia czegoś niewymownie istotnego, czegoś, co dane bywa tylko tym, którzy wędrują razem
Szłam na końcu, od czasu do czasu zatrzymując się i spoglądając za siebie. Widok był imponujący. Mgły unoszące się nad doliną wyglądały jak dymy z pasterskich ognisk, poukrywanych gdzieś tam pomiędzy skałami. Tatry płonęły niewidzialnym ogniem, którego szaro-sine ślady wyłaniały się na różnych wysokościach z przełęczy, ze szczytów i pięły się wolno ku niebu, unosząc ze sobą zapach gór. Siność mgieł, wtopionych w zieleń, czerwień i brąz tatrzańskiej przyrody i ołowianą szarość skał, potęgowała nastrój melancholijnej zadumy. Nad nami piętrzyły się groźne, nagie, skalne bloki, a w dole rozciągała się, wyjątkowo tego dnia senna i piękna, Hala Kondratowa.
Tak jak przed rokiem, najtrudniejsza dla mnie okazała się końcówka szlaku, już przy łańcuchach. I nie lęk wysokości to sprawił, ani słabość fizyczna, ale myśli niepożądane i mroczne projekcje. Szlak tuż przed szczytem jest tak poprowadzony, że momentami widzisz tylko plecy osoby idącej tuż przed tobą. Przewodnik otwierał grupę, ja zamykałam i ani on, ani ja nie mieliśmy szans, żeby przez cały czas mieć na oku wszystkich.
Kiedy część grupy znikała mi za zimnymi skałami Giewontu i tylko głuchy odgłos stalowych łańcuchów, uderzających o twardy, nagi granit oznajmiał, że walka trwa, moja wyobraźnia zaczynała podsuwać mi koszmarne obrazy. Przestraszą się, stracą równowagę, potkną się itd. Miałam ochotę porozsuwać dzieci na boki i pobiec tam na przód, sprawdzić czy wszystko gra. Na szczęście silny strach dopadł jedną z dziewczyn idących z tyłu. Zaczęła drżeć i łamać się, zmuszając mnie do porzucenia natrętnych niedorzecznych myśli i zajęcia się wsparciem nastolatki. Pomogło i jej i mi. Raz jeszcze słabość jednych okazała się ratunkiem dla drugich.
Nasz odwrót z Giewontu też był osobliwy. Zsuwaliśmy się w dół, a w górę w zawrotnym tempie unosiła się coraz gęściejsza mgła. Trochę jak w teatrze. Poruszający spektakl dobiegał końca. Zmęczeni artyści, ciągle podekscytowani żywiołowym występem, opuszczali scenę, na którą opadała kurtyna. Tak bardzo dziwnie opadała – z dołu do góry, kpiąc sobie z grawitacji.
Wyglądało to tak jakby tego dnia Giewont czekał tylko na nas. Dla nas się odsłonił, a chwilę później skrył się za mgielną kurtyną
Zrezygnowaliśmy w tych warunkach z trudniejszego zejścia Doliną Strążyską i wróciliśmy tą samą drogą – przez Halę Kondratową. Dzięki temu, raz jeszcze tego dnia, mogliśmy zawitać w pustelni brata Alberta na Kalatówkach. Mała drewniana kapliczka rano była świadkiem naszych próśb, a po południu podziękowań.
Po zejściu z Giewontu, tuż przy schronisku na Hali Kondratowej, deszcz rozpadał się na dobre. Niebo postanowiło nieco nas schłodzić po tym emocjonującym spotkaniu ze Śpiącym Rycerzem.
Na Kalatówkach rozstaliśmy się z sympatycznym przewodnikiem Markiem. Drugi już raz poprowadził bezpiecznie moich nastolatków na Giewont.
Następnego dnia, kończącego nasz pobyt w Zakopanem, zamierzałyśmy wędrować bez fachowego wsparcia. Pogoda skłaniała ku temu. Szanse na to, by pójść wysoko topniały. Zanosiło się na mokry piątek, wymarzony czas na nostalgiczny spacer mokrą Doliną Kościeliską.
Nierozpromieniona tego dnia słońcem, ociekająca wilgocią Dolina Kościeliska, tak bardzo urokliwa w tej mgielnej poświacie. Było pięknie. Weszliśmy w głąb ziemi, do Jaskini Mroźnej. Zrobiliśmy ładne zdjęcia na tle wilgotnej skalnej ściany u wylotu jaskini. Po sesji zeszliśmy do dna doliny po mokrych kamiennych schodkach, z dłońmi uczepionymi wyślizganych drewnianych poręczy, miejscami dziwnie wysoko zainstalowanych. Potem jeszcze otarcie się o niezwykłość Wąwozu Kraków, mrocznego i zachwycającego osobliwym kształtem wysokich, ostrych skalnych ścian. Pod stopami też nie mniej ciekawie. Śliskie i mokre kamienne głazy różnej wielkości i w różnym stopniu zanurzone w wodzie, która obficie w ten mokry dzień spływała dnem wąwozu. Odwiedzałam to miejsce wielokrotnie podczas prywatnych wyjazdów, ale pierwszy raz usłyszałam, że trzeba dać swemu szczęściu szansę, podpierając ściany wąwozu kawałkiem patyka. Wetknęliśmy swoje patyki w tatrzańską ziemię.
Popołudniowe godziny spędziliśmy w Zakopanem. Wjechaliśmy kolejką na Gubałówkę, zjechaliśmy wyciągiem na Szymoszkową Polanę i na koniec czas wolny. Młodzi rozpierzchli się po Krupówkach. Chłopcy pobiegli pod Wielką Krokiew i tam niemalże żywcem wkroczyli do ziemskiego nieba. Trenowała cała polska kadra skoczków! Zobaczyli jak frunie Małysz. Uścisnęli dłoń trenera Apoloniusza Tajnera. Zrobili sobie zdjęcia ze wszystkimi prócz wielkiego Adama, ale od niego uzyskali autografy. Wrócili rozbrajająco szczęśliwi, z takim błyskiem w oczach, jaki zdarza się tylko dzieciom zachwyconym cudami świata.
My w pierwszej kolejności weszłyśmy do karczmy, by się ogrzać i wysuszyć. Ogień na palenisku, świeca na drewnianej ławie, gorąca herbata, słodkości z zakopiańskiej cukierni – tatrzańskie wyzwalacze zasłużonej leniwej błogości.
Na pożegnanie z górami nie mogło zabraknąć kilku minut w najstarszym zakopiańskim kościele i odwiedzin cmentarza na Pęksowym Brzyzku. To dwa szczególne zakopiańskie miejsca. Ponad stupięćdziesięcioletni drewniany kościół, który tyle już widział i ta niesamowita tatrzańska nekropolia. Zastygłe w refleksyjnej pozie drewniane świątki, zdobiące góralskie groby. Wyrzeźbione w drewnie smutne, zatroskane twarze Chrystusa. Kamienne wymowne pomniki tych bardziej i mniej znanych. Starsze i młodsze mogiły zasłużonych.
I ten chyba najdramatyczniejszy z grobów, najświeższy, ciągle porażająco żywy. Płonące znicze, świeże igliwie, wciśnięte w ziemię wrzosy, jarzębinowe korale wplecione w charakterystyczne dla tego cmentarza drewniane kwiaty. W dolnej części mogiły leżące kamienie, różnej wielkości. Każdy z nich w kształcie serca, każdy z nich głęboko w serca patrzących zapadający. Zapewne znalezione w górach, w tych samych górach, w których pod lawiną przestały bić przed dwoma laty, serca dwóch młodych ratowników, którzy w ostatnim dniu roku, bez wahania ruszyli w góry, by nieść pomoc nierozważnym turystom. Kamienne serca – przyniesione na grób skrawki Tatr, Tatr zachwycających swym urokiem i porażających swą grozą…
Wieczorem tego ostatniego dnia zebraliśmy się wszyscy przy ogniu kominka.. Radość bycia tutaj, smak wspólnie przeżytej i wciąż przeżywanej przygody, błysk w oczach, bliskość. Dzieciaki dostały po tatrzańskim dzwonku i mapie, ku pamięci przebytych ścieżek. Trwało radosne święto w blasku ognia, pod nagle wypogodzonym gwiaździstym niebem. Młodzi zaczęli bawić się na dobre, już ich nie krępowała nasza obecność. Beztroscy, pogodni, uśmiechnięci, śpiewali radośnie. Tuż po dziesiątej bez cienia sprzeciwu odeszli od ognia.
Dobiegał końca kolejny dobry tatrzański czas.
Rankiem wyruszyliśmy w drogę powrotną, zatrzymując się na krótką krakowską wizytę. Wypadało przecież przysiąść na Rynku Głównym, przy pomniku patrona szkoły.
A potem już tylko długa droga do domu. Wszyscy chyba wracali mocno umęczeni, ale najważniejsze, że było to pozytywne umęczenie. Drugi już rok z rzędu, udało nam się dotknąć gór. Może był to znak, że rodziło się w szkole coś trwalszego…
J.Ł.