- 30 września 2026
25 lat na tatrzańskich szlakach…
W trakcie ponad już stuletniej historii naszego liceum, nauczyciele chętnie zabierali swoich uczniów w góry. Zabrałam i ja, a było to prawie ćwierć wieku temu. W maju 2027 roku minie 25 lat od dnia, w którym ruszyłam w Tatry z małą grupą nastolatków. A potem zdarzyło się to cudne i nieplanowane – każdego roku, z wyjątkiem czasu covidowej pandemii, docieraliśmy pod Giewont, a czasami i na Giewont.
25 lat nieprzerwanego wędrowania z młodzieżą po górach to chyba właściwa okazja, by powspominać zdarzenia, miejsca i ludzi, którzy towarzyszyli mi na tatrzańskich i pienińskich ścieżkach. Niech rok szkolny 2026/27 będzie rokiem moich zakopiańskich powrotów w przeszłość. Co nie oznacza, że przestaję marzyć o przyszłych szkolnych odwiedzinach gór. Nie przestaję, przecież w góry wracać trzeba, bo:
„Tylko w górach ta sama siła. Tylko góry te same…” .
Czy bardzo zmieniło się, na przestrzeni lat, moje postrzeganie naszych tatrzańskich wypraw? Owszem zmieniło się, bo zmieniła się rzeczywistość. Zmieniły się role – moi dawni uczniowie stali się współorganizatorami i opiekunami na tych wyjazdach. Wkroczyły telefony i inne cuda technologii, które co prawda pomogły zachować niezwykłe obrazy, ale też w pewnym stopniu zaburzyły poznawanie gór.
Zmienił się styl życia nastolatków, nie są tak mocni fizycznie jak ich dawni rówieśnicy. W związku z tym nie robimy już tak długich tras jak kiedyś, co akurat mnie najmniej martwi. Nie byłabym w stanie dorównać młodym kroku na takich dystansach, a zwłaszcza przewyższeniach. Na Kasprowy wjeżdżamy teraz kolejką, do Kuźnic podjeżdżamy busami, co kiedyś było nie do pomyślenia, ale tak poza tym, to obecni nastolatkowie są tacy sami jak ich poprzednicy z początków tego stulecia. Na dowód fragment moich zapisków sprzed 25 lat, kiedy to pod Giewontem rodziła się historia naszych szkolnych tatrzańskich wypraw:
23 maja 2002
Piąta nad ranem. Cisza. Słychać tylko ptaki za oknem – łagodny świergot tych mniejszych i dobitne krakanie wron. Chwile ciszy nabrały dla mnie w ostatnich dniach szczególnego znaczenia. Stały się równie cenne, co rzadkie. W pokojach obok śpi dziewiętnastka nastolatków, którym obca jest umiejętność zasypiania o przyzwoitej porze. W ich pojmowaniu świata noc to czas na spotkania, na dokarmianie się, na wędrowanie pomiędzy pokojami po góralskiej, skrzypiącej podłodze. W zasadzie to oni niedawno zasnęli i raczej nie ma szans, by zdołali sami się wybudzić. Ja muszę to zrobić i zrobię to z rozkoszą. Czas na sen minął. Góry czekają. Póki co zasnute lekką mgiełką, otulone delikatnymi, bladymi obłokami. Ale słońce już pracuje i wkrótce mgła się rozwieje, obłoki pierzchną, a Tatry… a Tatry zostaną – niezłomne, dumne, wieczne. Zaraz ku nim pójdziemy…
Minęło ćwierć wieku i nic nie zmieniło się w przebiegu tatrzańskich nocy. Ja nadal budzę się o świcie, a oni nadal o świcie zasypiają. Ale tak poza tym to dobre dzieci, i te sprzed 25 lat i te obecne. I dobry jest czas w górach z nimi spędzany.
W maju 2002 r jadąc w góry z moją pierwszą grupą, nie miałam konkretnych tatrzańskich planów, ani też żadnego doświadczenia w organizowaniu tego typu wyjazdów. Znałam jedynie kwaterę w Białym Dunajcu, na której mieliśmy zamieszkać. Nie miałam natomiast pojęcia, że o tak fundamentalną sprawę jak rezerwacja przewodnika, trzeba zadbać dużo wcześniej. Widać jednak, dobre tatrzańskie duchy, czuwały nad nami od samego początku. Cudem znalazł się wolny przewodnik i na dodatek był to jeden z tych krzepkich, młodych, radosnych i spontanicznych. Marek Majerczyk – przewodnik tatrzański – z miejsca zaproponował Giewont. Młodzi zareagowali z rezerwą. Nikt nie mówił wcześniej o Giewoncie, toteż do tej pory spoglądali na niego bez obaw. Odległa potężna góra wznosiła się dumnie nad Zakopanem, krzyż był ledwo widoczny i wydawało się, że nie sposób tam dotrzeć – spacer dla szaleńców, nie dla nas. I nagle przychodzi pora na odrobinę szaleństwa.
Podjęli wyzwanie, trochę nieświadomi tego, co ich czeka. Większość pierwszy raz ruszała w góry, a już na pewno nikt nie dotarł tak wysoko. Przewodnik obawiając się załamania pogody zaproponował, by iść „pół kroku szybciej”. To jego „pół kroku szybciej” szybko dokonało selekcji naturalnej. Wkrótce niektóre dziewczyny zaczęły tracić oddech. Jedna z płonącą twarzą zapytała mnie, czy będzie możliwość zjechania czymś z Giewontu. Cztery nasze nastolatki zakończyły wyprawę w schronisku na Hali Kondratowej. Piętnastka dotarła. Bardzo możliwe, że była to pierwsza w dziejach naszego liceum, grupa na Giewoncie. Zeszli bezpiecznie i już do końca trwali na fali tego pierwszego tatrzańskiego sukcesu. Z dumą i wdzięcznością zerkali Giewont i ciągle niedowierzając pytali samych siebie „Myśmy tam byli?”
Na tej pierwszej wyprawie zrobiliśmy jeszcze dwie – bardzo długie w porównaniu z obecnymi – tatrzańskie wycieczki. Pierwsza to Morskie Oko, nad które co prawda dotarliśmy mało ambitną asfaltową drogą, ale potem wspięliśmy się jeszcze nad Czarny Staw pod Rysami. Tam już w otoczeniu wielkich szczytów można było poczuć namiastkę klimatu i smaku Tatr Wysokich.
Trzecia wycieczka to przejście Doliną Kościeliską z wizytą w Wąwozie Kraków. Doszliśmy do schroniska na końcu doliny, a potem wspięliśmy się na Przełęcz Iwaniacką, by móc zejść w Dolinę Chochołowską i wracając tą najdłuższą z dolin zakończyć nasze tatrzańskie wędrowanie.
Ta pierwsza wyprawa to około 55 km chodzenia po górach, pokonując przy tym, w ciągu trzech dni wędrowania, jakieś 2100 m przewyższeń. Na ostatnim wyjeździe, z którego wróciliśmy pod koniec ubiegłego roku szkolnego, po tatrzańskich szlakach przeszliśmy, w trakcie dwóch wycieczek, około 17 km pokonując w sumie 470 m przewyższeń.
Pierwsza wycieczka to wjazd na Kasprowy i zejście na Halę Gąsienicową z podejściem nad Czarny Staw Gąsienicowy. Powtórzyliśmy wariant poprzedniej grupy. Tak jak i oni mieliśmy zabawę z ciągle zalegającym, w dużych ilościach, śniegiem na szlaku. Od schroniska Murowaniec do wyjścia z parku wybraliśmy drogę, którą nigdy jeszcze nasze grupy nie chodziły – taki trochę geriatryczny, bardzo łagodny szlak przez Psią Trawkę.
Nazajutrz deszczowe chmury nadciągnęły nad Tatry. Wędrowanie ograniczyliśmy do wizyty w świeżo wyremontowanym schronisku na Hali Kondratowej. Lubię to miejsce i lubię chodzić tam w takie właśnie mgliste, wilgotne dni. Ja byłam uradowana, a młodsi – czyli moja młoda kadra i jeszcze młodsi uczestnicy wyjazdu?… Wierzę, że niektórym z nich też podobało się to, niewymagające dużego wysiłku, rześkie wędrowanie.
Kolejny dzień to około 25 km przejażdżka rowerami po przepięknych pienińskich drogach wzdłuż Dunajca.
Ostatniego dnia deszcz trochę podciął skrzydła młodym wędrowcom i chodzenie po górach zastąpiła objazdowa wycieczka połączona ze zwiedzaniem Chochołowa i tatrzańskimi opowieściami przewodnika.
Wysiłek fizyczny nastolatków wkładany w obecne wyprawy jest zdecydowanie łagodniejszy, ale to nie umniejsza wartości tych wyjazdów. Jeśli tylko w grupie znajdzie się, choć jedna osoba, której oczy zabłysną na widok gór, to dla nas znak, że warto było tam pojechać. A przecież na każdej wyprawie pojawiają się młodzi ludzie oczarowani górami i to wcale nie są odosobnione przypadki.
Dlatego też od OD MAJA 2002 NIEUSTANNIE WRACAMY W GÓRY…
Ziarno zasiane na pierwszej wyprawie, do dzisiaj rodzi zdrowe owoce i niech to trwa.
Poprzedni rok szkolny był wyjątkowy. Dwie duże grupy majowe dosłownie wyminęły się w drodze do Zakopanego. Do tego dwa autokary wypełnione maturzystami, którzy w październiku, przez Tatry ruszyli na Jasną Górę. Mocno nasze liceum zaznaczyło swoją obecność pod Giewontem.
Zanosi się na kolejny wyjątkowy rok. Za kilka tygodni kolejni maturzyści pójdą na tatrzański jesienny spacer, by na koniec zawitać w częstochowskim klasztorze. Wiosnę w Tatrach już planuje 2a. Może ktoś jeszcze dołączy. Jest dobrze. Projekt Tatry trwa…
W załączeniu mała fotograficzna klamra. Zdjęcia z historycznej pierwszej wyprawy z maja 2002 r. i z tej ostatniej – dwudziestej piątej, z maja 2026 r.
Justyna Łosiewska